niedziela, 21 sierpnia 2016

Rozdział 15 "Co łączy wszystkie ofiary?"




Cześć
To znowu ja, chociaż już pewnie zdążyliście o mnie zapomnieć… Dawno się nie odzywałam, ale to nie znaczy, że przestalam pisać. Jak to mówił Lockhart „sława to kapryśna przyjaciółka(…)”, a ja pozwolę to sobie zmodyfikować i powiem „wena to kapryśna przyjaciółka”… Moja w skali kapryśności od jeden do pięć osiąga siedem.
Jak Wam mijają wakacje? Jesteście na jakimś wyjeździe czy raczej siedzicie w domu? Cieszycie się, że już niedługo szkoła?

Nie przedłużając, oto nowy rozdział. Mam nadzieję, że Wam się spodoba. Jest dosyć ważny.
Całusy
Leviosa

P. S
Jeżeli następny rozdział nie pojawi się przez najbliższe dwa miesiące, to nie oznacza to wcale, że o Was zapomniałam- moja wena jest jak rozpuszczony bachor. Myśli, że dostanie wszystko, czego chce (w tym pisanie o drugiej w nocy), a kiedy jej odmawiam najpierw krzyczy jak opętana ze złości, tylko po to, żeby następnie się gdzieś schować, albo (i zdecydowanie częściej) się obraża.

P. S 2
Czy wy też widzicie ten link na samym końcu posta? Nie wiem dlaczego się pojawia, próbowałam edytować rozdział i go usunąć, ale nie widać go kiedy otwieram tę notkę w bloggerze... Jeśli ktoś wie dlaczego tak się dzieje, to byłabym wdzięczna za napisanie do mnie na leviosablogerka@gmail.com albo na asku.  Z góry dzięki :)

Rozdział 15 „Co łączy wszystkie ofiary"

Ministerstwo Magii powoli się zaludniało. W głównym holu co chwila błyskały kominki, a przez korytarze nieustannie przelatywały wiadomości wewnętrzne. Windy jeździły w górę i w dół, rozwożąc urzędników na poszczególne piętra. Wszędzie słychać było nawoływania i typowy dla takich instytucji gwar. Wszędzie, poza jednym miejscem. Paradoksalnie, Kwatera Główna Aurorów świeciła pustkami, a jedyną rzeczą, jaką można było tu usłyszeć, był szum wentylatorów i nierównomiernie zawisające w powietrzu przekleństwa wypowiadane co jakiś czas przez Alastora Moody'ego. Mężczyzna pochylał się nad dużym, zaśmieconym przeróżnymi papierami stołem i uważnie je studiował, obrzucając przy tym mięsem wszystko, co tylko przyszło mu do głowy: hałaśliwy wentylator, bzyczącą gdzieś w pokoju muchę, Sheryl z piętra wyżej, która krzyczała do telefonu tak głośno, że słyszało ją pół budynku, swoją niemożność rozwiązania sprawy i lenistwo kolegów, którzy po wczorajszej nocnej akcji zapewne właśnie przewracają się na drugi bok w swoich ciepłych łóżeczkach.
Gwałtownie i z frustracją uderzył w stół, sprawiając, że kilka kartek spadło na ziemię. Zamknął oczy i ścisnął grzbiet nosa.
Westchnął ciężko.
Wyciągnął losową zadrukowaną stronę i położył na wierzchu. Był to artykuł z zakupionego dzisiaj rano w holu ministerstwa Proroka Codziennego:

Zamaskowani napastnicy terroryzują pub!
Dzisiaj, tuż po północy, do zlokalizowanego na ulicy Pokątnej 78 pubu „Norweski Smok” wdarła się grupa zamaskowanych osób, która zaatakowała przebywających wewnątrz ludzi. W pubie znajdowało się kilkanaścioro czarodziei i czarownic, w tym Robert Gardson, przewodniczący Czarodziejskiej Rady Do Spraw Ochrony Mugoli. Naoczni świadkowie wydarzenia twierdzą, że „jeden z napastników rozbroił pana Gardsona, po czym wraz z kilkoma kompanami wyciągnął go z pubu tylnym wyjściem”. Pozwala nam to przypuszczać, że to właśnie pan Gardson był celem ataku.
Zaalarmowani aurorzy przybyli na miejsce napaści już w kilkanaście minut po jej rozpoczęciu. Niestety, Roberta Gardsona nie zdołano uratować; jego ciało zostało znalezione na podwórzu za „Norweskim Smokiem”. Widoczne były na nim ślady zaklęć czarnomagicznych oraz zaklęcia niewybaczalnego Cruciatus.
Robert Gardson był czarodziejem pochodzącym z Irlandii, jego matka i jego ojciec byli mugolami. Córka mężczyzny, Hanna, od pięciu lat uczęszcza do Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwartcie.

Eksperci z ministerstwa twierdzą, że dzisiejsza napaść może mieć jakiś związek z ostatnimi morderstwami dokonywanymi na mugolach. Zalecają także ostrożność, a jednocześnie uspakajają, że Biuro Aurorów już pracuje nad tą sprawą.
Oni sami, jak na razie, nie komentują szerzej tego zdarzenia.

Do artykułu dołączone były zdjęcia. Jedno z miejsca napaści, przedstawiające wnętrze pubu: poprzewracane stoły i krzesła, porozbijane naczynia i powypalane przez zaklęcia dziury w ścianach. Drugie natomiast było czarno- białym portretem Roberta Gardsona. Znajdował się na nim człowiek o dobrotliwej twarzy i ciepłych, okolonych drobnymi zmarszczkami mimicznymi oczach. Uśmiechał się. Na nosie miał prostokątne okulary, w których częściowo odbijał się fotograf.
Szkoda, pomyślał Alastor Moody.
Zdjęcie podpisano kilkoma suchymi informacjami:
Robert Gardson. Przewodniczący Rady Do Spraw Ochrony Mugoli. Żył 49 lat.

Poniżej, na tej samej stronie znajdowała się jeszcze jedna, krótka notka-nekrolog:


Z głębokim żalem zawiadamiamy,
że dnia 20.05.1978 zmarł syn, mąż i ojciec, Robert Gardson.
Przewodniczący Czarodziejskiej Rady Do Spraw Ochrony Mugoli, ceniony Pracownik Ministerstwa, honorowy Czarodziej, Przyjaciel Ministra Magii, Harolda Minchuma.
Pogrążona w smutku,
Rodzina

Alastor odłożył gazetę na bok. Rozgarnął leżące na stole kartki, po czym wyciągnął na wierzch nieco starsze artykuły, dotyczące dokonanych w ostatnim czasie morderstw na mugolach. Przeczytał je po raz setny.
Następnie rozłożył obok siebie zdjęcia, które zostały robione na miejscach zbrodni, w tym te z dzisiejszej nocy. Starał się połączyć wszystkie te wydarzenia w całość, ponieważ czuł, że, choć pozornie niezwiązane, mają ze sobą coś wspólnego. Nie wiedział tylko, co mogłoby to być.
Upił łyk kawy i spróbował uporządkować informacje. Pogrupować je. Wyeliminować zbędne. Zrobić cokolwiek!

Na początek miejsca, gdzie znaleziono ciała: Dolina Godryka, przedmieścia Londynu, ulica Pokątna - to trzy zbrodnie, o których wie prasa, a co za tym idzie, społeczeństwo. Ale przecież nie są to wszystkie morderstwa dokonane w ostatnim czasie. Harlow, Watford, Wembley… O tym wie tylko minister i oni, Aurorzy. Prorok Codzienny nie został poinformowany, publikacja tych informacji mogłaby zasiać zbyt dużą panikę wśród obywateli świata czarodziejów, a już zwłaszcza, gdyby napisaniem artykułu o tych morderstwach miała zająć się Rita Skeeter. Wówczas mogłoby się okazać, że morderstw nie było sześć, a dziesięć oraz, że ciała są porozrywane na kawałki i pogryzione przez wilkołaki.
Alastor jej nie lubił. Zawsze wpychała nos w nie swoje sprawy i wymyślała najgorsze brednie, byleby tylko przyciągnąć czytelników.
Na szczęście, na prośbę szefa Biura Aurorów, minister nie poinformował prasy o wszystkich zbrodniach.

Następnie ofiary: w dwóch pierwszych miejscach odnaleziono ciała mugoli, na ulicy Pokątnej zamordowano przewodniczącego Czarodziejskiej Rady Do Spraw Ochrony Mugoli, w Harlow, Watford i Wembley ofiarami byli czarodzieje…
Po raz kolejny Alastor zamyślił się w poszukiwaniu czegoś, co łączy tych ludzi.
Nagle go olśniło. No, być może „olśniło”, to zbyt mocno powiedziane, ale ewidentnie dostrzegł coś, czego do tej pory nie widział.
Mugole…
Zarówno w Dolinie Godryka, jak na przedmieściach Londynu, odnaleziono ciała mugoli. Robert Gardson także miał coś wspólnego z niemagicznymi mieszkańcami tego świata - był przewodniczącym rady, która zajmowała się ich ochroną!
Alastor rozgarnął kartki i wyciągnął na wierzch akta trzech nieujawnionych mediom spraw. Przejrzał je po raz kolejny, tym razem zwracając szczególną uwagę na powiązania ofiar z mugolami.
Gdy doszedł do rubryczki "rodzina", aż chrząknął z wrażenia. Wszyscy zamordowani byli dziećmi ludzi w żaden sposób nie związanych ze światem magii…
    - Alastor?! - zaskoczony Moody aż drgnął. - Co ty tu robisz tak wcześnie?
Do pomieszczenia wszedł szef Biura Aurorów. Był blady, miał podkrążone oczy. Widać było, że nie spał zbyt długo tej nocy.
    - Witaj, Rufusie. Dobrze, że jesteś. Chyba coś odkryłem.

***

Całkiem mocno skacowany James siedział wraz z przyjaciółmi przy stole Gryffindoru, niemrawo grzebiąc łyżką w płatkach. Wszystko dokoła niego huczało i wyło, każdy szept wydawał się krzykiem, a każdy odgłos kroków na kamiennej podłodze brzmiał jak tupot trolla. Było mu niedobrze, bolał go brzuch, gardło paliło z pragnienia. W środku, gdzieś w przewodzie pokarmowym, czuł ogień wszystkich wypitych drinków. Impreza, która miała miejsce w nocy, była imprezą, na której cały Dom Lwa świętował zwycięstwo. Ten mecz był ważny, więc i zabawa była huczniejsza, niż zazwyczaj.
Potarł pulsującą skroń.
    - Chłopaki, chyba powinniście to przeczytać! - krzyknął ktoś obok Jamesa.
Potter zacisnął powieki i skrzywił się.
    - Nie krzycz, Remusie - warknął.
Chłopak spojrzał na niego z politowaniem, odkładając gazetę.
    - Gdybyś nie modlił się tak nad tymi płatkami, już dawno mógłbyś przyjąć eliksir na kaca.
Podobnie do niektórych mugolskich leków, tego eliksiru nie należało przyjmować na pusty żołądek, więc obolała i skacowana trójka z czworga Huncwotów na wpół leżała na stole usiłując coś zjeść i nie zwymiotować. Syriusz radził sobie najlepiej. Pochłonął już prawie cały talerz jajecznicy i właśnie sięgał do kieszeni z błyskiem radości w oku. Po chwili wyciągnął butelkę po soku dyniowym wypełnioną pomarańczową cieczą. Odkręcił ją i pociągnął potężny łyk.
    - Hej! Zostaw coś dla mnie - pisnął Peter, opluwając wszystko w promieniu dwudziestu centymetrów okruszkami.
Najwyraźniej bojąc się, że Syriusz nie posłucha jego prośby, połknął ostatnią grzankę na raz i prawie wyrwał Blackowi butelkę z rąk. Zaczął łapczywie pić i gdyby nie szybka interwencja Łapy, opróżniłby naczynie nie zostawiając nic dla Rogacza, który nadal nie posunął się za bardzo w kierunku końca śniadania.
    - Jaaaames - powiedział śpiewnym tonem Syriusz, który czuł się już jak nowo narodzony. Pomachał przyjacielowi butelką przed nosem.
Potter mruknął coś niewyraźnie i dźgnął łyżką rozmiękłe płatki.
Remus wywrócił oczami. Jako jedyny z całej czwórki nie upił się aż tak bardzo. Nie dlatego, że nie chciał. Raczej bał się reakcji ukrytego gdzieś w nim wilka, który, mimo iż brutalnie torował sobie drogę na świat tylko raz w miesiącu, siedział w nim cały czas. Głęboko schowany, przyczajony w najciemniejszych zakamarkach jego ciała, ale jednak nadal niebezpieczny. A może i nie? Może Remus jak zwykle przesadzał z ostrożnością? Mimo to wolał nie ryzykować.
    - Zjadaj to i bierz ten eliksir. Nie mogę patrzeć jak marnujesz jedzenie - warknął Lupin.
James gwałtownie odsunął miskę płatków od siebie.
    - Dawaj to - wyciągnął rękę w stronę Blacka.
    - A gdzie magiczne słówko? - Syriusz uśmiechnął się słodko, odsuwając butelkę z eliksirem jak najdalej od przyjaciela.
Potter spojrzał na niego wilkiem, po czym wyciągnął z kieszeni różdżkę.
    - Takie wystarczy? - warknął.
Black przewrócił oczami i rzucił w jego stronę butelkę z eliksirem. James złapał ją sprawnym ruchem i dopił jej zawartość.
Od razu poczuł się lepiej -w głowie mu się przejaśniło, ustąpiły mdłości, a huczące dookoła głosy przycichły.
Remus popatrzył na nich z politowaniem.
    - Czy teraz jesteście już w stanie skupić się na tym co chcę wam pokazać? - zapytał, i nie czekając na odpowiedź, podał Peterowi Proroka Codziennego. Ponad połowę pierwszej strony zajmowały dwa czarno-białe zdjęcia, a napisany tłustym drukiem nagłówek głosił: „Zamaskowani napastnicy terroryzują pub”.
Peter zabrał się za czytanie, mamrocząc cicho pod nosem kolejne zdania. Syriusz zerkał mu przez ramię. Następnie gazetę dostał James. Zmarszczył czoło.
    - Biedna Hanna - powiedział, odkładając dziennik i spoglądając w stronę stołu Ravenclawu.
Na jego początku, w otoczeniu kilku koleżanek, siedziała raczej przeciętna, podobna do ojca dziewczyna o roześmianej twarzy. Podobnie jak on miała wadę wzroku, toteż nosiła okulary w zielonych oprawkach. Ciemnoblond włosy zebrała w koński ogon i właśnie śmiała się z czegoś serdecznie.
Jeszcze nie wiedziała.
Kawałek dalej, przy stole nauczycielskim, profesor Filius Flitwick właśnie kończył rozmowę z jednym z duchów. Kręcił głową ze smutkiem, jednocześnie składając poranną gazetę na co raz to mniejsze kawałeczki.
Po chwili podniósł się i nieco ociężałym krokiem ruszył w stronę swoich podopiecznych. Musiał przejść prawie całą Wielką Salę, by dopiero po chwili dotrzeć do śmiejącej się Hanny. Nim się odezwał wziął głęboki oddech. Nie lubił i nie był przyzwyczajony do przekazywania tego typu wieści. Nie wiedział od czego zacząć. Po krótkim namyśle położył dziewczynie rękę na ramieniu.
    - Hanno - odezwał się. - Profesor Dumbledore prosi cię do siebie.
    - Jak to? Stało się coś? - zapytała wciąż uśmiechnięta dziewczyna, i chociaż Flitwick stchórzył i nic nie powiedział, to nie potrafił ukryć smutku w oczach.
A więc nie czytała jeszcze gazety, pomyślał.
Hanna spoważniała.
    - Profesorze, co się stało? - ponowiła pytanie.
Flitwick jedynie pokręcił głową. Nie mógł, nie chciał jej tego mówić. Zresztą doszedł do zbawiennego dla niego wniosku, że przekazywanie tego typu informacji w Wielkiej Sali, na oczach większości uczniów, nie jest dobrym pomysłem.
    - To nie jest dobre miejsce, Hanno, i nie ja powinienem o tym z tobą rozmawiać. Twoja matka czeka w gabinecie profesora Dumbledore’a. Chodźmy - powiedział.
https://ssl.gstatic.com/ui/v1/icons/mail/images/cleardot.gif
Dziewczyna zbladła. Wstała i wygładziła nerwowo spódnicę. Nie potrafiła ukrywać emocji, więc jej twarz wyrażała czysty, niczym nie zmącony strach. Ruszyła za Filiusem w stronę wyjścia z Wielkiej Sali.


    - Biedna Hanna - powtórzył James odkładając gazetę

piątek, 6 maja 2016

Rozdział 14 "Quidditch"



Moi mili,
Nadeszła ta wiekopomna chwila, kiedy to wstawiam kolejny rozdział!
Nie jest to jakoś bardzo przełomowa notka… Nazwałabym ją raczej ciszą przed burzą, ale i tak mam nadzieję, że Wam się spodoba.
Nie przedłużam już więcej, bo chyba i tak dość się naczekaliście ;).

Leviosa.


Rozdział 14 „Quidditch”

  
    - Cholera jasna!
Emily Titch powitała kolejny dzień tym jakże pięknym, nieco stłumionym stwierdzeniem, a następnie wystawiła głowę spod poduszki i odgarnęła włosy z twarzy.
    - Czy choć przez chwilę mogłybyście przestać krzyczeć? - rzuciła zgryźliwie w stronę siedzących na sąsiednim łóżku koleżanek.
    - To nie ja - powiedziała Lily. - To Dorcas. Dzisiaj jest mecz quidditcha. Chłopaki przed chwilą skończyli poranną rozgrzewkę i bliźniacy właśnie zdj…
Czarna zatkała jej usta ręką i zmroziła spojrzeniem godnym zawodowego mordercy.
    - …jeęli kopfulki - niewyraźnie dokończyła Lily.
Emily zmrużyła oczy, przyjrzała się Dorcas i zaśmiała się w duchu. Bliźniacy, Adam i Aiden, to uczniowie, którzy, podobnie jak one, byli w ostatniej klasie. Są średniego wzrostu i zachwycają dziewczyny swoimi manierami, obcym akcentem, a także nieprzeciętnie jasną karnacją i prawie czarnymi włosami, ułożonymi a'la Edward Cullen*
Zebrała niesforną czuprynę w luźny koczek i zapytała jak gdyby nigdy nic:
    - Gdzie Bethy?
    - Wyszła wcześnie rano - odpowiedziała zadowolona ze zmiany tematu Dorcas. Już chciała odetchnąć z ulgą, gdy Emily ponownie się odezwała:
    - Są przystojni, prawda? - zapytała.
    - To znaczy… - zająknęła się Dorcas. - No... Po prostu uważam, że są… Dobrze zbudowani i w ogóle… - zaczerwieniła się.
    - Fakt, nie można im niczego odmówić - stwierdziła Emily. - Ale ja chyba wolę blondynów... A teraz przesuńcie się.
Ruszyła w stronę okna, przez które wyglądały jej współlokatorki.
    - Czy Marc też tam jest? - zapytała, przyciskając czoło do szyby. Zmrużyła oczy. Miała lekką wadę wzroku, jednak nie na tyle poważną, by wymagało to noszenia okularów.
Na szkolnych błoniach stała reprezentująca Gryffindor drużyna, oraz kilkoro gapiów. Był piękny, słoneczny dzień. Świat miał intensywne kolory i wyglądało na to, że zima na dobre zaczęła się już pakować. Tylko gdzieniegdzie widać było niewielkie kupki brudnego, roztapiającego się śniegu.
W końcu Emily dostrzegła to, czego szukała. Pośród gromady innych zawodników stał wysoki, dobrze zbudowany blondyn. Miał lekko zaczerwienioną od wiatru i wysiłku twarz, błyszczały mu oczy. Oczy…
Cudowne, ciemne oczy, pomyślała rozmarzona Titch.
Zmierzwił sobie włosy i nagle obrócił się w stronę wieży Gryffindoru. Emily rzuciła się szczupakiem w stronę podłogi i przywarła do niej, pomimo że chłopak nie mógł jej już zobaczyć.
    - Nadal patrzy w tę stronę? - zapytała koleżanki, przyciskając policzek do ciemnej drewnianej podłogi.
    - Nie, już nie - odpowiedziała Lily, po czym zaczęła się z niej śmiać.
    - Widział mnie?- dopytywała się Emily, podczas gdy Evans chrząkała, próbując opanować rozbawienie.
    - Nie mam pojęcia - wydusiła w końcu.
Blondynka podniosła się z podłogi i ostrożnie wyjrzała za okno. Marc i jego przyjaciel szli już w stronę zamku, ale ponieważ ryzyko, że zostanie przyłapana na wgapianiu się w niego nadal było spore, Titch zajęła to miejsce na łóżku Dorcas, które było najbardziej oddalone od szyby.
    - Marc? - zapytała Meadowes.
Emily westchnęła i spojrzała na współlokatorki rozmarzonym wzrokiem.
    - No, proszę - powiedziała Lily. - Czy tylko ja w tym pokoju nie mam obsesji na punkcie jakiegoś napalonego palanta? - Widząc ich miny dodała: - Jeżeli któraś z was poruszy TEN temat, to przysięgam, będziecie musiały wzywać magomedyków…
"Ten" temat był tematem tabu, a pod jego niezbyt skomplikowaną nazwą kryło się jedno słowo. A właściwie imię.
Severus.
Lily nie chciała zbyt często rozmawiać o czasie, który spędziła pod działaniem Amortencji. Kiedy się „wybudziła”, czuła się zdradzona, jakby straciła ukochanego brata. Kogoś, kto zawsze przy niej był, kto bez względu na jej wady nie odrzucał jej. Choć minął już prawie tydzień odkąd odkryła, co zrobił, wciąż zastanawiała się, jak mogła pozwolić sobie na tę chwilę słabości, jaką była, tak odległa już, nocna rozmowa pod portretem Grubej Damy, kiedy to zamiast uparcie trwać przy swoim i całkowicie go ignorować, postanowiła dać mu jeszcze jedną szansę. I proszę! Oto, co dostała w zamian!...
Po chwili jednak jej smutek przeszedł w złość, spojrzenie musiało się zmienić, a ona sama najwyraźniej się zamyśliła, gdyż Dorcas położyła jej rękę na ramieniu i potrząsnęła nią lekko.
    - Hej… Wszystko w porządku? Nie chciałyśmy cię zdenerwować. Przepraszam…
    - Nie, to ja przepraszam - powiedziała Lily, uśmiechając się niemrawo. Wygładziła koszulkę i wstała. - Idziemy na śniadanie?
    - Jasne, tylko dajcie mi chwilkę. Muszę się umyć i przebrać - mruknęła Titch, wciąż przyglądając się Evans. Po chwili wstała i ruszyła w stronę łazienki.

Mimo że dziewczyny nie miały rudej za złe jej chwilowego „odlotu”, to poranna, radosna atmosfera uleciała gdzieś w przestrzeń, pozostawiając na posterunku swoje koleżanki - zadumę i niezręczną ciszę. 


***

Pierwszą rzeczą, która po wejściu do Wielkiej Sali rzuciła się w oczy trzem młodym Gryfonkom, była ilość uczniów.

Drugą, ilość naleśników na talerzu Petera Pettigrew.

W jakiś niemal telepatyczny sposób cała trójka wspólnie uznała, że siedzenie obok Huncwotów nie figuruje na ich liście zajęć na dziś, więc zgodnie minęły chłopców, po czym ruszyły na poszukiwanie innych wolnych miejsc. Stół Gryffindoru oblegały wręcz nienaturalne tłumy.
Lily wyciągnęła szyję do góry i rozejrzała się.
    - Tam! - powiedziała, po czym wskazała palcem trzy miejsca przy samym końcu stołu i, chcąc je zająć, przyspieszyła kroku.
Nagle ktoś złapał ją za łokieć i mocno pociągnął do tyłu.
    - Chwila, moment - syknęła Emily. - Ty chyba żartujesz…
    - Jak to? O co ci chodzi?
    - Czy widzisz, kto tam siedzi?
Ruda jeszcze raz wyciągnęła szyję do góry i przyjrzała się uważniej siedzącym przy długim stole ludziom.
    - Anna, Theodor, Robert, Mark…
    - Właśnie, o to mi chodziło! - powiedziała półgłosem Titch. Nadal trzymała Lily za łokieć, ściskając ją naprawdę mocno.
Skąd w takim drobnym ciałku tyle siły?!, pomyślała Evans, czując boleśnie wbijające się w jej skórę palce blondynki.
Widząc, że jej koleżanki nic nie rozumieją, Emily wywróciła oczami.
    - Tam siedzi Mark! Przecież nie będzie patrzył, jak jem!
Dorcas i Lily parsknęły śmiechem.
    - Proszę cię, powiedz, że żartujesz - wydusiła Meadowes.
Emily spojrzała na nią z politowaniem i wyjaśniła:
    - Przecież nie będę siedzieć naprzeciwko niego i obżerać się naleśnikami! A jestem naprawdę głodna, więc zjem co najmniej cztery!
Lily wywróciła oczami.
    - To gdzie chcesz usiąść? - prychnęła. - Widzisz tu jakieś inne wolne miejsca?
Emily rozejrzała się dookoła. Miała szczęście. Mimo sporego tłumu, kilka metrów dalej niewielka grupka uczniów właśnie skończyła śniadanie. Pchnęła przyjaciółki w kierunku świeżo zwolnionych miejsc.


Po drugiej stronie sali, przy najbardziej oddalonym od młodych Gryffonów stole, pewien czarnowłosy chłopak właśnie kończył śniadanie, czytając przy tym nowy numer Proroka Codziennego. Prychnięciem skomentował artykuł o nielegalnym przemycie mioteł, a informację o spotkaniu Ministra Magii z przedstawicielami władzy innych krajów ledwie zaszczycił spojrzeniem. Upił odrobinę soku dyniowego i, nieco już znudzony, dalej wertował gazetę.
Strona ogłoszeń, wywiad z autorką poradnika dla hodowców smoków walijskich, nota o tym, że szef Komitetu Łagodzenia Mugoli dopuścił się poważnego zaniedbania obowiązków, w związku z czym czeka go proces sądowy. Krótka wzmianka o brutalnym morderstwu kilku mugoli…
Zatrzymał spojrzenie na ostatnim artykule, po czym zaczął czytać. Z tekstu wynikało, że ciała czwórki ludzi odnaleziono tuż pod Londynem. Ponadto miały one widoczne ślady użycia zaklęć czarnomagicznych. Sprawca jak na razie jest nieznany, jednak najlepsi aurorzy mają podejrzenia co do jego tożsamości i starają się go wyśledzić.
Chłopak położył gazetę na stole, a następnie wydarł z niej fragment z owym artykułem. Złożył go pieczołowicie i schował do kieszeni. Wstał, po czym zostawiając na stole nieinteresującą go część dziennika oraz niedokończonego tosta, ruszył w kierunku wyjścia z Wielkiej Sali. Miał zamiar umieścić wycinek w specjalnie do tego przeznaczonym zeszycie, tuż obok informacji o morderstwie młodej mugolki, której ciało odnaleziono w Dolinie Godryka**…


***

    - James Potter chyba zobaczył znicz! - komentator meczu wydarł się do mikrofonu.
Tłum wstrzymał oddech.
    - Najwyraźniej Tom Ern*** również go dostrzegł, bo nagle ruszył za Jamesem! Nie odstępuje go na krok! Jest tuż za nim! Merlinie, chyba nawet go wyprzedza!
Wysoko nad trybunami, Potter zaklął w duchu. Im wyżej się wznosili, tym bardziej wiatr wiał mu w twarz i tym trudniej było mu przyspieszyć. Już wiedział, że tym razem nie ma szans na pokonanie Erna, gdyż w ciągu kilku sekund chłopak zdążył go wyprzedzić o głowę. James kontem oka dostrzegł połyskujący na jego miotle napis: „Smuga”…
No tak, pomyślał. Nic dziwnego, że mnie wyprzedził. Z takim sprzętem mógłby przegonić każdego.
Potter spróbował jeszcze odrobinę przyśpieszyć, ale jego niższa o dwa modele miotła nie miała żadnych szans z gładko pokonującą opór wiatru Smugą.
Musiałby się chyba zdarzyć cud, by Ern nie złapał znicza. Na dodatek ten cud musiałby nadejść bardzo szybko, gdyż Toma od złapania małej, złotej kuleczki dzieliły już tylko sekundy. Nagle coś szybko minęło Jamesa i jakaś brązowa smuga, wielkości arbuza pomknęła w kierunku Erna. Tłuczek nawet go nie musnął, jednak to wystarczyło, by chłopak zdekoncentrował się i stracił z oczu złoty znicz. Komentator wydał z siebie jęk niezadowolenia. Był uczniem Ravenclawu, nic więc dziwnego, że kibicował swojej drużynie (choć regulamin wyraźnie nakazywał bezstronność w trakcie relacjonowania meczu). 
James rozejrzał się dookoła, jednak nie zauważył nigdzie złotej piłeczki. Uspokojony tym, że wizja porażki na chwilę się oddaliła, odwrócił się w kierunku toczącego się niżej meczu. Z dołu szczerzył się do niego Marc - jeden z pałkarzy. Potter uniósł do góry kciuk na znak, że chłopak dobrze się spisał. Wrócił do wypatrywania znicza.

Tłumy szalały, dzieląc się na dwa różnokolorowe morza uczniów. Jeden czerwono-złoty, a drugi niebiesko-brązowy. Ludzie skandowali przeróżne, mające zagrzać drużyny do zwycięstwa, hasła, a w powietrzu furkotały proporczyki. Niebo było czyste, wietrzyk wiał delikatnie i słońce przyjemnie grzało.
Pozornie warunki do gry były idealne, jednak ktoś, kto choć trochę znał się na Quidditchu wiedział, że słońce nieco oślepia zawodników, a im wyżej się podleci, tym bardziej zdradziecki robi się owy „delikatny” wietrzyk.
    - Mary przejmuje kafel, wymija Eddiego i Aidena, leci w kierunku bramek… Zamierza się… Rzuca… Tak! - wrzasnął komentator. - Tak! Mary trafiła! Dziesięć punktów dla Ravenclawu, a to oznacza, że Gryffindor prowadzi już tylko dwudziestoma punktami!
James uważnie lustrował swoje otoczenie, starając się wypatrzeć złotą piłeczkę. Jednocześnie coraz bardziej się denerwował. To zdecydowanie nie był ich mecz, choć na początku mogło się wydawać, że wygraną mają w kieszeni.
Tuż po rozpoczęciu gry wszystko szło jak z płatka. Już po pierwszych piętnastu minutach Gryffindor prowadził osiemdziesiąt do zera i nic nie wskazywało na to, że po kolejnych piętnastu jego przewaga spadnie do dwudziestu punktów. James wierzył w swoją drużynę, ale wiedział, że to może nie wystarczyć. Musiał jak najszybciej złapać znicz.
Sprawdził pozycję Toma. Krukon, podobnie jak Potter, uważnie rozglądał się dookoła siebie.
Mijały kolejne minuty meczu. Przewaga Gryffindoru spadła o kolejne dziesięć punktów, mimo że wcześniej Dom Lwa zdobył kolejne dwadzieścia.
Nagle coś błysnęło w powietrzu tuż nad głową profesor McGonagall. James przyjrzał się uważniej. Upewnił się, że Tom nadal nie zauważył tego, co on, po czym powoli, nie spuszczając złotej piłeczki z oczu, ruszył w kierunku tej części trybun, w której siedzieli nauczycie. Starał się wyglądać tak, jakby robił kolejne okrążenie mające na celu odszukanie złotego znicza.
 Był już coraz bliżej. Sporo ryzykował, gdyż nie mógł patrzeć w dwa miejsca jednocześnie, w związku z czym nie wiedział, czy Tom nabrał się na jego podstęp.
Jeszcze kawałeczek, tylko odrobinkę, pomyślał.
Był już pawie na miejscu. Ustawił się tak, by móc podlecieć do celu w prostej linii, bez zbędnych skrętów. Przez chwilę wpatrywał się w piłeczkę niezdecydowany, po czym postanowił zaryzykować. Szybkim ruchem odwrócił głowę do tyłu, by sprawdzić gdzie znajduje się jego przeciwnik. Był daleko i najwyraźniej niczego nie podejrzewał. James z powrotem spojrzał tam, gdzie powinien unosić się znicz. Odetchnął w duchu, gdy ujrzał go w miejscu, gdzie był jeszcze kilka sekund temu. Przeciwnie do reszty drużyny, której nie wiodło się tego dnia najlepiej, on miał dzisiaj szczęście.
Nagle ze spokojnego lewitowania przeszedł w szaleńczy lot ku wygranej.
    - Proszę państwa, czyżby James Potter po raz kolejny dostrzegł znicz?! Miejmy nadzieję, że tak, bo leci naprawdę szybko w kierunku trybun nauczycieli! Jeśli go tam nie ma, to Potter może urwać komuś głowę! Tom Ern już pędzi w jego kierunku, nowa Smuga robi co może, ale chyba nie uda mu się nadrobić straconego czasu!... - komentator zaczynał już chrypieć z emocji.
James był tuż, tuż. Wyciągnął rękę… Zgrabnie przeleciał nad głową przerażonej wizją spotkania się z jego miotłą profesor McGonagall, po czym porwał w dłoń złotą piłeczkę. Uniósł zdobycz do góry.
Czerwono-żółta część trybun oszalała z radości, a niezadowolony komentator sucho przedstawił fakty:
    - James Potter złapał złoty znicz, co oznacza, że ostateczny wynik wynosi dwieście pięćdziesiąt do stu dziesięciu dla Gryffindoru.

Szykuje się wypad do Hogsmeade po Ognistą Whiskey, pomyślał szczerzący się ze szczęścia James.

*Musicie mi wybaczyć to porównanie… Chociaż przyznam się bez bicia, że czytałam tę książkę i jest nawet okej. Co prawda utknęłam w ostatniej części i od wakacji jakoś nie mogę jej skończyć, ale to tylko taki mały szczególik ;).

** Zapewne nie pamiętacie tego fragmentu (Merlinie, ależ to było dawno!), więc odsyłam Was do rozdziału 5.

***Szukający przeciwnej drużyny.

Lydia Land of Grafic